...fragment...

Siedzimy z babcią przy herbacie i herbatnikach, kiedy zagaduję o przepis na raki. „Raki?” Słyszę dwusylabowiec z zaciekawieniem, na twarzy wypisuje się jej teraz wyraz zdziwienia pomieszanego z wewnętrznymi wyścigami myśli w labiryntach pamięci. „To Mietek chodził nad wodę i spod ziemi wybierał”. Dopytuję o szczegóły, bo coś mi się nie widzi żeby raki w rzece tkwiły, czekając jak ziemniaki na polu, na odkrycie przez Mieciowe oczy. „Koryta takie przy brzegach były, że wystarczyło rękę zanurzyć i hyc do wiadra. A potem dobrze przykryć trzeba było, żeby w gotowaniu nie uciekły”. Ale to wy je tak bez znieczulenia na tej kuchence? Dopytuję trochę obawiając się odpowiedzi. „Nie no jak bez znieczulenia, z solą i masłem” – stwierdza jako coś oczywistego, nie do końca chyba rozumiejąc pytanie, po chwili jednak dodając w zamyśleniu: „Czasem z koperkiem…”. Skoro już poznałam dobre strony aglomeracji, drążę dalej. A ty babciu się tam wychowałaś, na tych błotach? „A wychowałam, jak panną byłam mieszkałam też, a i później po ślubie, dwoje dzieci tam urodziłam. Trzecie już w mieście”. Układam sobie spójny obraz, ale coś mi się nie zgadza. To w ile wy tam mieszkaliście? „No my z Tomkiem i dziećmi, we czworo, ojciec mój i troje braci, to osiem osób w dwóch izbach”. Standardy mieszkalnictwa w okresie wchodzenia ludzi w dorosłość od późnych lat pięćdziesiątych niewiele się zmieniły, przed oczami mam mieszkania moich znajomych, którzy co prawda zamiast rodziny, śpiącej w kuchni za ścianą, mają mniej lub bardziej bliskich współlokatorów, a dzieci zastępują im świnki morskie. Coś z tego jednak pozostaje niezmienne i dotyczy nas jakoś uparcie od blisko sześćdziesięciu lat. Pytam więc o drugi, najważniejszy poza własnym pokojem, wyznacznik indywidualnej tożsamości – pracę. To czym wy się tam zajmowaliście ciekawym? Rzucam, szybko rozumiejąc, że zdanie to koślawe i wymaga poprawienia się, bo żadnych wspomnień nie budzi, nie porusza wyrazu twarzy, tylko odradza uogólnieniem: „No polem i sadem, zwierzętami…”. A zimą też hodowaliście zwierzęta? Potakuje głową i dodaje, że zimą mniej. „Wtedy to się głównie w domu siedziało, bo jak śnieg spadł to wszystko zasypane było a do miasta ponad dziesięć kilometrów. Zaspy jak były tośmy siedzieli przy piecu”. Ale to tak całą zimę tak przy tym piecu? „No czasem się tam wyszło po chleb czy po co, ale do szkoły mama nie kazała iść”.

Wczesną jesienią pojechałam tam z aparatem żeby jakoś lepiej sobie zobrazować to wszystko o czym wtedy rozmawiałyśmy. Miejsce, w którym stał dom, miało wtedy wiele uroku, już kolorowe, ale jeszcze ponad czołem wiszące liście, dodawały okolicy niewinności. Gdzieś na wysokości chaty myśliwi urządzili sobie naprędce zbitą budkę, z której wystrzeliwują zwierzęta. Stracił na aktualności świat w którym Mietek gołymi rękami, w palącym słońcu wyławiał z rzeki raki. Jakaś nić łączy przeszłość z bieżącymi sprawami, choć widzę to jako smugę, która umacnia mnie we wdzięczności, że zimą mogę wyjść poza zaspy i nawet wrócić do domu.

H. Sroka