Trzeci tydzień marca spędziłem na wycieczce w północnym Maroku. Był to typowo turystyczny wyjazd nastawiony na zwiedzanie zakamarków starych miast tego kraju. Więcej zielni i otwartych krajobrazów dało się obserwować tylko zza szyby samochodu podczas przejazdów między głównymi celami wędrówki. Zatem nie mogę napisać o nich wiele. Na pierwszy rzut oka przypominają krajobrazy leżącej tuż za cieśniną Hiszpanii lub południowej Francji. Teren jest wyżynny i niskogórski, wyróżnia się łańcuch Rif, który jest najdalej na północ wysuniętą częścią Atlasu. Najwyższe wzniesienie tego pasma jest zaledwie kilkadziesiąt metrów niższe od naszych Rysów. Rif na mapie wygląda niepozornie i istotnie nie jest powierzchniowo rozległy, lecz góry posiadają alpejski charakter z postrzępionymi graniami i imponującymi stromiznami.

Poza górami krajobraz jest silnie przekształcony, tam gdzie jest możliwość uprawy roli, ziemia jest zagospodarowana. Dominują uprawy zbóż i gaje oliwne. Co ciekawe w połowie marca wiele upraw zbóż było już wykłoszonych.  Zagospodarowanie ziemi jest tak dokładne, że w gajach oliwnych często uprawia się dodatkowo zboża. Miejsca nietknięte ręką rolnika, to zazwyczaj tylko pobocza dróg, skaliste zbocza i głęboko wrzynające się w podłoże strome brzegi dolin rzecznych. Mijając takie tereny dobrze myśli się o krajobrazie Równiny Radomskiej, który choć degradowany z każdym rokiem i miejscami może zbyt płaski, kryje w sobie zapewne więcej życia i bioróżnorodności.

Największym zaskoczeniem tych monotonnych kilometrów była kolonia bociana białego na konstrukcji, która wyglądała na nadajnik telefonii komórkowej, ze zdjęcia można doliczyć się 15 gniazd, co jest wynikiem imponującym i nie przystającym do monotonnego krajobrazu wokół. Domyślam się, że niedaleko, w miejscu niewidocznym z drogi znajdowało się wysypisko odpadów, które było dla bocianów niewyczerpana stołówką. W Hiszpanii i Francji duże kolonie bocianów wokół wysypisk są normalnym widokiem. Nasze rodzime boćki są na szczęście bardziej wybredne i ciągle przedkładają myszy, zaskrońce i krety nad resztki z ludzkich posiłków.

Trochę lepiej poznałem zwierzęta miast. Dwóch gatunków nie sposób pominąć w nawet najkrótszej relacji. Dla medyn - marokańskich starych miast  są one równie charakterystyczne jak minarety i podobizny króla Muhammada VI. Pierwszym z nich jest kot. Koty są tam wszechobecne. Zamieszkują medyny na lepszych prawach niż ludzie. Wylegują się na progach, prężą  na krawędziach dachów, harcują po podwórkach. Wydają się być na ciągłych, prawie darmowych wakacjach. Wyżywienia nie odmawia się im w żadnej restauracji, wylegiwać mogą się na każdym tarasie. W tej niepisanej umowie między nimi a ludźmi, pozwala się na wszystko, a oczekuje  chyba tylko trzymania szczurów i innych gryzoni poza obrębem miejskich murów, co koty wykonują właściwie z nudów i dla rozrywki. Patrząc na ich liczbę można wierzyć, że wiele z nich nie widziało groźnych gryzoni na oczy. Co świadczy również o tym, że wykonują swoja rolę bardzo dobrze, bo  medyny są naprawdę świetnymi miejscami dla rozwoju plagi gryzoni.

Drugim miejskim gatunkiem jest osioł. Na początku jego obecność była dla mnie lekkim zaskoczeniem, ale po zagłębieniu się w wąskie, tłoczne, miejscami pochyłe uliczki medyn zrozumiałem, że jakiekolwiek spalinowe środki przewozu towarów byłyby w takich miejscach zupełnie bezużyteczne. Osiołki z iście oślim uporem zapewniają dostawy żywności i towarów na niezliczone stragany i przede wszystkim wynoszą na swych grzbietach odpady, pakowane tutaj w nieduże worki i układane przed wywozem w foremne pryzmy w zakamarkach między kamienicami i w rozszerzeniach uliczek.  Patrząc na tę mrówczą pracę osłów doprawdy trudno zrozumieć czemu nie zapracowały sobie w kulturze na szacunek  równym temu jakim darzy się psy lub konie. Czy może dlatego, że harówka i ciężka prac fizyczna zazwyczaj uważane są za niegodne pochwały i spychane poza sferę tego co wartościowe. Jeśli tak to osiołki wyręczyły nas w tym i pozwoliły wynieść się w górę. Dawały nam przez tysiąclecia to, co dopiero od niedawna daje para i ropa naftowa. Należą się im słowa uznania.

Bardzo zwarta zabudowa i prawie całkowity brak terenów zielonych przyczyniają się do tego, że w starych częściach marokańskich miast życie zwierzęce jest ubogie. Najbardziej w oczy rzucają się ptaki, które krążą nad budynkami. Wśród nich najbardziej charakterystyczne były jerzyki alpejskie,  imponujące rozmiarami i zwracające uwagę dźwięcznym głosem, który na początku brałem za głos pustułki. Obok nich dało się zauważyć swojskie wróble oraz jaskółki oknówki i dymówki. Podobnie jak na prowincji, tak i w miastach, największe zaskoczenie sprawiły bociany. Okazało się, że w Maroku są one również ptakami miejskimi. W Fezie gnieździły się na minaretach w samym centrum medyny, a w Meknes ich gniazda widzieliśmy na potężnych XVIII-wiecznych fortyfikacjach pałacu sułtana.

Ale to nie bociany zapamiętam z Maroka najbardziej. Na pierwszym miejscu stawiam jego odległego krewniaka, a właściwie krewniaczkę. Po raz pierwszy zobaczyłem ją po zachodzie słońca z tarasu naszego rajdu w Fezie. Ptaki leciały uporządkowana linią nad zasypiającą medyną. Na tle jeszcze jasnego nieba wyraźnie odznaczały się ich kontury, ale kolory były już  zagadką. Sylwetką nie pasowały mi w pełni do żadnego obserwowanego w Polsce gatunku. Były wielkości puszczyka, leciały nie wydając dźwięków. Linia za linią, wszystkie w tym samym kierunku. Domyśliłem się, że to przelot na noclegowisko, podobny do tych jaki można obserwować w naszych miastach w wykonaniu kawek, gawronów, grzywaczy lub mew. Miałem swój typ, ale jak się później okazało nie trafiłem. To był przelot czapli złotawych. W locie niewiele przypominających nasze, nie tylko wielkością, ale też dosyć krótkim dziobem, zwartą sylwetką i brakiem charakterystycznego ugięcia szyi. Przez następny tydzień widziałem je jeszcze wiele razy, pokazywały się zarówno na polach, przy brzegach rzek jak i w miejskich parkach. Czapla  złotawa to wszędobylski ptak wyraźnie mniej związany z wodą niż nasze czaple. Dopiero po powrocie do Polski doczytałem, że to prawdziwa kosmopolitka. W ostatnich dwóch stuleciach zasiedliła obie Ameryki i Australię. Duże populacje gniazdują w Hiszpanii, Francji  i ciągle poszerzają swój zasięg w Europie, ostatnio odnotowano lęgi na Wyspach Brytyjskich. Kto wie, może za czas jakiś charakterystyczne przeloty będziemy obserwować nad radomska katedrą?

uczestnicy wyprawy: Ania Matuszewska, Klaudia Miśkiewicz, Olga Górka, Sylwia Pająk, Albert Zieja, Łukasz Stępień

tekst: Łukasz Stępień
foto: Łukasz Stepień, anonimowy marokańczyk