Wigilijne spotkania przyrodników, związanych z Działem Przyrody Muzeum Okręgowego w Radomiu sięgają 1995 roku. Od tamtego roku spędziliśmy wspólnie 16 klubowych wigilii. Nie udało nam się zorganizować wyjazdów tylko w 2011 i 2012 roku. Naszym tradycyjnym miejscem zbiórki jest 3 peron dworca kolejowego w Radomiu, stamtąd mamy już dosłownie kilka kroków do pociągu KM relacji Radom – Dęblin, który dowozi nas w okolice celu podróży. Wysiadamy na stacji Zajezierze, która jest przedostatnią stacja na trasie. Podczas blisko godzinnej podróży jest na czym zawiesić oko, pociąg po wyjeździe z Radomia przecina Puszczę Kozienicką, by wkrótce opuścić Równinę Radomską i wjechać na teren Doliny Środkowej Wisły. Mijamy więc mozaikę krajobrazów wpierw głównie ubogie pola, później lasy, w okolicy Bąkowca rozległe łąki, by na koniec wjechać w płaski, intensywnie użytkowany rolniczo taras doliny Wisły. Przed dotarciem do celu  krajobraz zmieni się jeszcze dwukrotnie, ale tamten fragment podróży będziemy pokonywać już piechotą i opowiem o nim nieco dalej. Póki co jesteśmy jeszcze w pociągu gdzieś między Żytkowicami i Zajezierzem i podziwiamy rozmach i siłę twórczą rzeki. Dla osób przywykłych na co dzień do łagodnie pofalowanego, polno-leśnego krajobrazu Równiny Radomskiej rozległe, prawie pozbawione trzeciego wymiaru przedpole Wisły zawsze nieco zaskakuje. Jeśli nie liczyć koron nielicznych drzew i masywnej bryły klasztoru w Sieciechowie, to właśnie  sunący wysokim nasypem pociąg, którym podróżujemy, jest najwyższym punktem w okolicy. Równina nie jest jednak monotonna, bo pokawałkowana na pola, poletka, zagrody, szpalery głowiastych wierzb, trzcinowiska i oczka wodne w dnach dawnych starorzeczy. Usadowieni wysoko czujemy się trochę wyjątkowo. Tuż przed nami piękny słoneczny dzień, za kilka dni wyjątkowy czas świąteczny. Zbliżamy się  do największej polskiej rzeki, która jest zarazem największą europejską rzeką nieuregulowaną i największym na Mazowszu zimowiskiem wielu gatunków ptaków wodnych, w tym momencie przypominamy sobie ceny biletów za przejazd i eh... , będziemy małostkowi i odnotujemy, że podróżujemy też z najdroższym w Polsce przewoźnikiem regionalnym.

Opuściliśmy pociąg i przed nami najmniej przyjemna część wyprawy, poboczem asfaltowej szosy ruszamy w kierunku mostu na Wiśle. Początkowo droga wiedzie wśród luźnej zabudowy wsi Zajezierze, aby po kilkuset metrach zanurzyć się w lesie łęgowym. W tym miejscu łęg wąską, najwyżej dwustumetrową wstęgą flankuje koryto Wisły. Jeszcze w lasie zaczyna się nasyp, po którym droga  łagodnie wspina się na most prowadzący do Dęblina. W ten sposób, w środku łęgu, ponownie patrzymy na krajobraz z pozycji uprzywilejowanej. Tutaj nasz wzrok nie sięga jednak tak daleko, jak to było jeszcze niedawno, kiedy podróżowaliśmy nasypem kolejowym, tylko zatrzymuje się zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej na koronach potężnych topoli. Te drzewa dominują w otaczającym nas lesie. Są sędziwymi starcami w swoim rodzie, w parkach Radomia zapewne nie osiągnęłyby nawet połowy swojego nestorowego wieku. Tutaj nikt nie martwi się, że są kruche, że czubek ich korony wysycha i pod naporem wiatru odłamuje się i upada na ziemię. Wiele z nich to już tylko zmurszałe potężne kikuty, inne jeszcze tłoczą wiosną hektolitry wody w górę swoich cielsk, ale są już pozbawione szczytu, jakby ścięte tuż nad tułowiem, stoją jak kolumny, lekko okryte woalem nowych gałązek, chyba za lekko ubrane na tę porę roku. Ta wąska, szara wstążka lasu spleciona od zawsze z niebieskoszarą wstęgą rzeki jest Puszczą Jodłową tej części Polski. Nie miała swojego Żeromskiego, ale pewnie widziała nie mniej niż lasy wokół Świętego Krzyża. Tylko oczami wyobraźni zobaczyć możemy zastępy Jagiełły wchodzące na most pontonowy w cieniu topolowej kolumnady, choć może nad Wisłą pod Czerwińskiem, były wtedy pastwiska? I pewnie Wanda na chwilę przed skokiem stała właśnie w szumie woskowanych liści, a Wars wypływał na połów z chaty stojącej w zagajniku topól w perukach z jemioły.

Tymczasem opuściliśmy las. Wraz z wejściem na most sceneria zmienia się po raz kolejny. Stoimy kilkanaście metrów ponad taflą, wywyższeni już po raz trzeci podczas tej podróży, tak ni to na lądzie, ni to w powietrzu, wysoko ponad grzbietami ryb, głowami ptaków wodnych i zmarszczkami fal, ale przez to przecież wcale nie bliżej rzeki chmur nad naszymi głowami. W tym krajobrazie tylko stare drzewa mają  przywilej dostępu do świata obłoków. Im chmury dają się nawet oswajać, gdyż bywają takie dni i każdy z nas był tego świadkiem, kiedy obłoki zstępują niżej i ocierają się brzuchami z kropel rosy o kościste gałęzie najwyższych konarów. Lubią to. Mruczą przy tym jak ukontentowane koty, ale my wtedy, hen tu na dole, słyszymy tylko świst wiatru i stukot kropli deszczu o asfaltowe nawierzchnie mostu. To przecież nie nasz poziom i nie nasze sfery. Czasem obłokom nie wystarczą delikatne pieszczoty i wtedy spływają jeszcze niżej, na poziom naszych nosów, opierają się o trawę i obejmują talie smukłych wierzb, olch i topoli. Drzewa  już na nie czekają i wyciągają na spotkanie stęsknione konary. Mogą trwać w tym uścisku cały dzień, nie zważając na to, że samochody ślepną, a strwożone samoloty skupiają się po lotniskach w stadka jak wróble. Myślę, że wysokie drzewa są po to by głaskać chmury, wabić je i trzymać blisko ziemi, gdyby ich zabrakło obłoki odpłynęłyby wyżej, a niebo stałoby się puste i bez życia. Wtedy nikt nawet nie spojrzałby w górę.

Z miejsca gdzie stoimy świetnie widać stadka ptaków skupione przy kamiennej ostrodze. Najpierw dostrzegamy suszące skrzydła kormorany, za chwilę biało-zielone samce nurogęsi i ich mniej pstrokate partnerki. Na skraju tej gromadki zapamiętale nurkuje parka gągołów, do kompletu przy brzegu jest jeszcze czapla siwa. Dzień jest słoneczny, widoczność doskonała, ptaki blisko, dlatego przez soczewki lornetki i aparatów widzimy całą czeradkę jak na dłoni. Po kilkunastu minutach do czapli siwej dołącza czapla biała, ale ledwie dotyka palcami piasku zatoki, większa kuzynka wzbija się w powietrze i odgania gościa. Czapla biała próbuje lądować jeszcze dwukrotnie, ale  po równie energicznych reakcjach konkurentki, zrezygnowana odlatuje w dół rzeki. Ta scenka to zaskoczenie, na stawach rybnych w Orońsku lub zbiorniku w Domaniowie wiele razy widziałem polujące obok siebie czaple obu gatunków i nie dochodziło między nimi do aktów agresji. Widocznie zwyczaje nad Wisła są inne.

Ponownie  uczucie zaskoczenia pojawia się, kiedy przechodzimy na lubelski brzeg. Wał przeciwpowodziowy, którym co roku wędrowaliśmy w dół rzeki został właśnie wyremontowany, może nawet usypany od nowa. Na koronie wału jest budowany chodniczek z kostki brukowej, po drugiej stronie nowiutka droga asfaltowa, zaś zbocze od strony Wisły porośnięte trawnikiem, na widok którego zarządzający stadionem miejskim w Poznaniu pewnie popadłby w kompleksy. Nieco dalej okazuje się, że aby zbudować nową drogę zasypano częściowo starorzecze po drugiej stronie, ale widocznie tak było trzeba. My w każdym razie nie skorzystaliśmy ani z niedokończonego chodniczka, ani z nowej drogi, tylko poszliśmy samym brzegiem rzeki. Przy moście wał biegnie tuż przy korycie Wisły, ale po kilkuset metrach zbacza nieco w stronę miasta i rzeka zyskuje trochę przestrzeni. Ten brzeg nie jest porośnięty naturalnym łęgiem topolowym, dominują tu klony jesionolistne, wierzby i głogi. W kilku miejscach znajdujemy drzewa oporządzone przez bobry. Jeszcze kilkaset kroków i zaczynamy rozglądać się za miejscem na rozpalenie ogniska. Zazwyczaj dochodziliśmy znacznie dalej w dół rzeki, ale w tym roku wyjątkowe widoki z mostu i niedokończony chodniczek na wale sprawił, że przejście ze stacji kolejowej trwało dłużej niż zwykle. Zatrzymujemy się na małej polance tuż przy brzegu rzeki, zbieramy opał i po chwili ognisko płonie, gałązki trzaskają, syczy kapiący na płomienie płyn wyciekający się z wędzonych porcji kiełbasy. Ile jest tajemniczego płynu w jednej porcji? Jest to zagadka na pewno znacznie mniejsza od poprzedniej, czyli jak zarośnięte były brzegi Wisły pod Czerwińskiem w lipcu 1410 roku, ale też nielicha, w każdym razie nie udało się jej rozwiązać przez ponad pół godziny wędzenia. Kiełbaska była miejscami zwęglona, a płyn kapał i kapał. Płyn, chodnik na wale i droga mają coś wspólnego, na pierwszy rzut oka wydają się zbędnym dodatkiem, ale przecież trzeba mocno wierzyć, że są sensowne, są po coś i naprawdę czemuś służą.

Podczas ogniska była okazja porozmawiać o mijającym roku, pojawiły się ciekawe pomysły na rok kolejny, m.in. zdecydowaliśmy, że będziemy organizować ogólnodostępne wypady w najciekawsze przyrodniczo miejsca Ziemi Radomskiej. Zobaczymy czy to się uda, stan osobowy jest skąpy, czasu zazwyczaj brakuje (choć uczciwie trzeba przyznać, że czasem czas bardzo się ślimaczy, ale to zwykle są okresy, kiedy człowiek w ogóle nie ma ochoty na robienie czegokolwiek). W każdym razie jeszcze w czasie ogniska byliśmy pełni zapału.

Teraz można by było napisać,że podróż powrotna, była kopią podróży już odbytej, tylko mijane miejsca  pojawiały się w odwrotnej kolejności, czyli przeszliśmy zadrzewienie jesionowo-wierzbowe, skorzystaliśmy ze ścieżki przy korycie Wisły, minęliśmy niedokończony wał i tu niespodzianka. Duże stado mew zbierało się na wiślanej łasze. Tych ptaków nie było tu gdy mijaliśmy to miejsce trzy godziny temu. Jest popołudnie więc zbierają się teraz na noclegowisko. Mewy, tak jak ludzie, mają swoje stałe pory i miejsca. Popatrzyliśmy na nie i ruszyliśmy dalej, most na Wiśle, las topolowy, Zajezierze, przelatujący bielik, sklep, budynek stacji, piec kaflowy w poczekalni, pociąg, konduktor, kurcze gdzie wsadziłem ten bilet, klasztor w Sieciechowie, Bąkowiec, Puszcza, Radom, trójka na Gołębiów, krzywe chodniki na osiedlu, wspomnienie równiutkiego bruku na wale przeciwpowodziowym, niepochlebne myśli o administracji osiedla, drzwi do bloku.

ŁS