Rajd Ptasiarzy – impreza, która już na dobre wpisała się w kalendarz ornitologicznych wydarzeń w naszym kraju. W tym roku odbył się po raz trzeci, dla nas jednak edycja ta stanowiła swoistą… inicjację. "My", tu w rozumieniu "przyrodnicy radomscy", wystartowaliśmy w Rajdzie po raz pierwszy, ale za to od razu wystawiliśmy do walki dwa zespoły, o wdzięcznych, nawiązujących do tradycji naszego regionu ornitologicznego, nazwach: "Nie Ma Buta?" oraz "Je But!”. Mi przypadła w udziale przyjemność kapitanowania drugiemu z nich, stąd też niniejsza relacja opisywać będzie kilkanaście godzin "z życia" tegoż właśnie zespołu. Wraz ze mną współtworzyli go: Maciej Rębiś – fotografik przyrody i dusza towarzystwa, którego chyba nikomu w naszych kręgach przedstawiać nie trzeba, Robert Jóźwik – wieloletni aktywista ochrony radomskiej przyrody, specjalizujący się w ochronie ptaków w budynkach i znawca pójdziek oraz Tomasz Kuna, wkraczający dopiero w ornitologiczny półświatek, jednak od razu wielkimi krokami, z szeregiem pięknych fotografii ptaków na koncie. Kapitanem zostałem ja – na poły mazowiecki, na poły małopolski, skażony górami… urzędniczyna ;)

Dniem 14 maja, kiedy to miał odbyć się Rajd, żyliśmy już od kilku tygodni. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szukając ptaków w naszym regionie – na południowym Mazowszu, raczej nie mamy co liczyć na rajdową czołówkę. Niemniej jednak chcieliśmy mimo wszystko pokazać, że i w naszym regionie są ciekawe miejsca, w których można zobaczyć ciekawe ptaki. Stąd też wymienialiśmy się między sobą informacjami, typowaliśmy potencjalnie miejscówki, planowaliśmy…

W przeddzień Rajdu spotkaliśmy się ok. godziny 21. Celem było ostateczne zaplanowanie trasy i oraz końcowe przygotowania. "Nocne przyrodników rozmowy" zajęły nam dobre 3,5 godziny, po czym nieco znużeni po całym tygodniu pracy, zdecydowaliśmy się na godzinną drzemkę. W teren ruszyliśmy przed 3 nad ranem, na początek udając się w okolice radomskiego Grodziska. Na wejściu wita nas 5 odzywających się derkaczy, "zaliczamy" także oba gatunki słowików – szarego i rdzawego, których zasięgi w Radomiu pokrywają się i często współwystępują one na tych samych powierzchniach.

Następnie ruszamy na jeden z podradomskich kompleksów stawów rybnych. Warto w tym momencie nadmienić, że właśnie stawy to na Radomszczyźnie jedne z najciekawszych miejsc do obserwacji ptaków. Tam właśnie zastaje nas świt, a my tymczasem "punktujemy" zielonką, wodnikiem, gęsią białoczelną, czaplą białą, rybitwą białoskrzydłą i szeregiem stawowych gatunków, a po opuszczeniu kompleksu mamy ich na koncie już 57. "Jest nieźle" – wymieniamy się spostrzeżeniami. Dalej, prowadzeni przez Roberta, kierujemy się w stronę miejsca, gdzie często obserwowany był (choćby jeszcze dnia poprzedniego) błotniak łąkowy. Kilkanaście minut wypatrywania nie przynosi jednak oczekiwanego rezultatu. "Może jest jeszcze za wcześnie?" – rzuca ktoś z zespołu. Może i tak, my jednak nie mamy czasu, by dłużej czekać. Obiecujemy sobie jednak, że jeśli zostanie nam czasu pod koniec dnia (cóż za naiwność…), wrócimy w to miejsce. Niezrażeni niepowodzeniem ruszamy dalej, a naszym celem są dwa sztandarowe radomskie gatunki – dzierlatka i pójdźka. Tym razem szczęście nam sprzyja i obserwujemy zarówno miejskiego skowronka – pewnie jednego z ostatnich radomskich Mohikanów, jak i owianą nutą tajemniczości niewielką sowę. Przy okazji "zaliczamy" także szereg gatunków miejsko-podmiejskich.

Kolejnym celem na naszej trasie jest Puszcza Kozienicka. Po drodze zajeżdżamy jednak na chwilę w dolinę Pacynki – podradomskiego niewielkiego cieku, o zachowanym na znacznym odcinku naturalnym charakterze, który jakimś cudem oparł się jeszcze zakusom meliorantów. Udajemy się w miejsce, gdzie mam "bankowe" jarzębatki i strumieniówki. Ku naszemu zaskoczeniu jednak, żadnego z ww. gatunków nie udaje nam się zaobserwować. Są za to lerka, ortolan, potrzeszcz i muchołówka żałobna. W opasłym kajecie, niczym rachmistrz prowadzący spis powszechny, odhaczam kolejne gatunki. W tym momencie patrzymy na zegarek, na którym dochodzi już godzina 10. 'Kurcze, ale nam się zeszło" – myślę głośno. W porannych planach był bowiem jeszcze kompleks leśny Puszczy Kozienickiej. Trzeba zdecydować. Czy jest sens chodzić w okolicach południa po lesie i szukać występujących tam gatunków? Jako kapitan biorę na siebie brzemię odpowiedzialności… decyduję – nie ma! Koledzy aprobują ten pogląd i wspólnie uznajemy, że do lasu warto wrócić po południu, a tymczasem – ruszamy nad Wisłę…

Podczas tego etapu Rajdu prym wiedzie Maciek, Wisła to wszak jego domena. Przed nami długi odcinek Królowej Polskich Rzek, od Dęblina począwszy, na Świerżach Górnych skończywszy. Początek jednak nie jest za wesoły. Opuszczając bowiem dolinę Pacynki mamy na koncie ponad 90 gatunków i… na tym rajdowy licznik jakby się zatrzymał. Przez kolejnych kilka godzin nie jesteśmy w stanie "dobić" do magicznej "setki". "Urok jakiś czy co" – mruczę pod nosem. Tak – urok, a właściwie nie urok a klątwa, a ściślej – "makoklątwa". Makolągwa bowiem to kolejny gatunek, którego nie jesteśmy w stanie „zaliczyć”. Przejeżdżamy przez puszczańskie miejscowości i dzielnice willowe Kozienic, wypatrujemy z okien auta – nie ma! Nie ma makolągwy! Od jakiegoś czasu doskwiera nam także brak gąsiorka. Ki czort?! Na domiar złego potężna maszyna – Toyota Hilux – za której sterami zasiada Tomek, zalicza kolizję z drzewem, wskutek czego tracimy zupełnie tylną szybę, która rozpryskuje się w drobny mak. Nastroje, zwłaszcza właściciela, stają się minorowe, a w zespole kiełkuje ziarno defetyzmu. Nie poddajemy się jednak i ruszamy dalej. Kolejne nadwiślańskie miejscówki i w końcu przełamujemy złą passę. Rybitwy: rzeczna i białoczelna, sieweczki: rzeczna i obrożna, piękne ostrygojady. W kolejnym miejscu także ciekawie – na rozległej łasze mewy pospolite, biegusy małe i zmienne, bataliony, łęczaki, w końcu też pierwsze jarzębatka i piegża (tak tak, do tej pory tego gatunku też nie mieliśmy).

Na liczniku sto kilkanaście gatunków, na zegarku – już dość późne popołudnie. Zaczyna się robić ciasno z czasem. Chcemy przecież jeszcze objechać kilka miejscówek leśnych – nie mamy kowalika, kilku leśnych dzięciołów, sikor oraz innej drobnicy. "Może zdążymy" – łudzę się w duchu. Po drodze chcemy jednak zahaczyć o stawy w Bąkowcu. Słońce chyli się ku zachodowi, a my intensywnie lustrujemy wodę… płaskonos, cyranka, rybitwy, dziwonia. Bąkowiec obdarza nas kilkoma nowymi gatunkami – nie liczyliśmy, że będzie dla nas tak hojny. Przełamujemy też "makoklątwę". Wreszcie!! Hurra!! – daje się słyszeć z daleka nasze okrzyki – cieszymy się bowiem jak dzieci z nowej zabawki. Tymczasem słońce już niemal dotyka horyzontu, zmierzcha… A las? Kiedy do lasu? Za późno… Tak właśnie, na gatunki leśne nie starcza nam już czasu. Błąd taktyczny, źle skalkulowaliśmy czas. Może podjąłem błędną decyzję? Może jednak trzeba było tam jechać w okolicach południa, pewnie coś by doszło... Cóż, trudno, to se ne vrati! Ale fakt pozostaje faktem – na Rajdzie nie byliśmy w kompleksie leśnym! Ops – poprawka, byliśmy, a właściwie – będziemy. Teraz jeszcze, po zmierzchu – w poszukiwaniu lelka i sów. Tymczasem zmęczenie zaczyna nam już dawać się mocno we znaki, oczy same się zamykają. Jazda autem staje się niebezpieczna, Tomek jednak dzielne stawia czoła znużeniu, pozostali również walczą… do końca. Niestety, nocne gatunki nie nagradzają naszego heroizmu. Nie ma ani lelka, ani puszczyka.

Koniec, wybija północ. Jaki wynik? Szybko podliczam – 124. Hmm, nie jest najgorzej. Przed Rajdem kalkulowałem na ok. 130, a więc nieco poniżej oczekiwań. Ale przecież nie byliśmy w lesie! Ach, ten nieszczęsny las – będzie śnił nam się po nocach, aż do… następnego roku. Bo za rok już tego błędu nie popełnimy! A nawet jeśli, to i tak najważniejsza jest przecież dobra zabawa. Je But!

Tomasz Figarski