Wakacje za pasem, lato, upały (i komary...), plaża, morze... no właśnie – wydawaćby się mogło, że w czasie tej sielankowej, upalnej pory roku powinniśmy poruszać same "gorące" tematy.

Tym razem jednak, dla odmiany (a właściwie dla ochłody...) cofniemy się w czasie o kilka miesięcy i chociaż wylądujemy nad Bałtykiem, to jednak nie będzie to ten letni Bałtyk, oblężony przez tysiące plażowiczów – roześmiane dzieciaki, zażywnych starszych panów, czy ledwo przyodziane nastolatki. Bałtyk, który przedstawimy będzie groźny i posępny, pokryty pływajacymi fragmentami kry, z opustoszałymi plażami, świecącymi pustkami ośrodkami wczasowymi i hulającym po portowym nabrzeżu, porywistym wiatrem. Ale proszę się nie obawiać – wbrew pozorom – ponuro i nudno na pewno nie będzie.

Zapraszamy zatem na relację Piotra Guzika – przyrodnika i fotografika młodego pokolenia, studenta Wydziału Leśnego Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, no i... sympatyka naszego Klubu :-)


Półwysep Helski zimą, ehh...  marzenie każdego ornitologa w kraju! Kilkanaście osób – członków Sekcji Ornitologicznej Wydziału Leśnego, Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie – dzięki pomocy Rektora naszej uczelni, przez tydzień stacjonowało w budynku Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego by móc podglądać morską awifaunę.

Oto jak cały wyjazd wyglądał z mojego punktu widzenia:

Podróż nad nasze Morze zaczęła się dla mnie wcześniej niż dla innych – już w piątek 12 lutego o 22:00. Dość rozklekotanym autobusem jak na dalekobieżnego PKSa dotoczyłem się do Warszawy, skąd bez problemu znalazłem autobus do Gdańska. Spokojnie mijały kolejne śpiące godziny w autobusie i nareszcie, około godziny 13:00 w sobotę postawiłem swoje południowe buty na dalekiej północy.

Ornitologów w całej Polsce jest sporo, dlatego za pomocą Forum Przyroda umówiłem się tu ze znajomą na spotkanie. Co ciekawsze, w tym okresie również Sekcja Ornitologiczna poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza przebywała w Gdańsku, by docelowo trafić nad Ujście Wisły. Takiej okazji na spotkanie międzyuczelniane obu Sekcji nie można było przegapić, dlatego po wykonaniu kilku telefonów i dotarciu na plażę znalazłem się w otoczeniu łącznie 6 przesympatycznych kobiet. I właśnie w towarzystwie: Irminy, Pauliny, Asi, Karoliny, Natalii oraz Kasi rozpocząłem obserwacje ptaków.

Nad Zatoką Gdańską mnóstwo łabędzi niemych, łysek, kaczek krzyżówek, gdzieniegdzie pływał gągoł, a w oddali szlachar, natomiast pod molo nurkowały lodówki.

Tak mijały chwile obserwacji, rozmów, śmiechu….i wspólnego zajadania faworków, które wiozłem ze sobą jakieś 900 km przez cały kraj, z przeznaczeniem dla krakowskiej Sekcji Ornitologicznej jednak no… wolałem zjeść pakunek w towarzystwie poznańskiej Sekcji Ornitologicznej (samych kobiet).

Czas mnie jednak naglił, w planach chciałem dotrzeć przed zmrokiem na Hel, niestety – nadal jestem w Gdańsku, do zmroku pozostała godzina a od miejsca docelowego dzieli mnie 100 km. Od tej pory nic w mojej podróży nie było zgodnie z planem. Po pożegnaniu się ze wszystkimi w Gdańsku przez godzinę łapałem stopa, aż w końcu zatrzymał mi się młody chłopak, pracujący przy realizacji filmu o grudniu '70 "Czarny czwartek". Daleko nie ujechałem – bo do Gdyni, ale grunt, że 'do przodu'. Jeszcze nie widziałem tak zagmatwanego drogowo miasta jak Gdynia. Masakra! Przejście na drugą stronę ulicy niemalże niemożliwe bez łamania przepisów, znaki drogowe wskazujące NIE to, co trzeba w NIE tym kierunku, jakieś mostki i schodki!  Dobrze, że chociaż mili ludzie dopisali i poinstruowali gdzie jest droga na Władysławowo.

Godzina 19:00, stoję przy drodze z plecakiem i czekam na okazje, zapadła już noc więc o transport trudniej. Nagle – HA! Podjeżdża taksówka; pytam więc czy mogę się zabrać na stopa, po czym dostaję bardzo sympatyczną odpowiedź: "aaaaa, stopa?! NIE!". Podziękowałem więc ładnie i czekam dalej. Chwilkę później podchodzi do mnie jakiś starszy jegomość pod wyraźnym wpływem i mówi do mnie tak: "Nic tu na Hel nie jeździ, na Władysławowo też, nawet autobusy się tu nie zatrzymują. Teraz to tylko od Ciebie i od Twojej wiary zależy czy dotrzesz na Hel, kolego". Jak widać, czego jak czego, ale wiary to mi nie brakowało ponieważ 10 minut później nadjechał autobus do Władysławowa, więc bez problemu się zabrałem. W autobusie wieczorne rozmowy rozweselonych Kaszubów umilały mi podróż. Zauważyłem także ciekawą zależność – im starszy i bardziej podchmielony Kaszub tym gorzej szło mi tłumaczenie z kaszubskiego na polski, do tego stopnia, że z rozmowy 2 panów siedzących za mną nie rozumiałem kompletnie nic, oprócz charakterystycznego "jo" ;-)

Władysławowo 21:30. Za kilkanaście minut z dworca PKS ma jechać bus na Hel, także jest dobrze.

Władysławowo 22:15. Bus na Hel nie jechał, nadal jestem w ciemnym… Władysławowie.

Władysławowo 22:20. "Eeee… co to dla mnie, na Hel jest tylko około 40 km. IDE!"

I z takim oto ostatnim postanowieniem szedłem i szedłem.. aż doszedłem do granicy gdzie kończyły się latarnie i cywilizacja. Przede mną długie kilometry lasu, czas więc coś zjeść podczas ostatniej próby łapania stopa. O 23:00 w sobotę auta nie jeżdżą tu zbyt często, bodajże jedno na pół godziny. Po dłuższej chwili czekania – znajomy widok, zatrzymuje się taksówka! Pytam kierowcy czy mogę się zabrać, pada odpowiedź: "wskakuj kolego!". Jadę więc, co prawda tylko kilkanaście kilometrów do Kuźnicy, ale zawsze to coś! Kierowca opowiada, że często się zatrzymuje stopowiczom, ale oni jakoś dziwnie nie chcą wsiadać. Ja mu na to, że w Gdyni zatrzymał mi się taksówkarz, jednak nie spodobał mu się mój pomysł na podróż i odjechał. Po czym oboje zaczęliśmy się śmiać mknąc autem przez półwysep. Ehh… po drodze w kierunku Helu w zimie w niedziele o 1:00 w nocy kompletnie nic nie jeździ! Tak bardzo nic nie jeździ, że nawet zatrzymałem patrol Policji z pytaniem czy nie jadą w stronę Helu. Niestety, rozmowę z jednym miłym funkcjonariuszem przerwał mi drugi – ten mniej miły – krótko odpowiadając, że nie jadą, po czym odpalił radiowóz i odjechał.

No cóż, dalej więc, z plecakiem maszerowałem w środku nocy, w lesie przez Półwysep Helski. Po takim czasie spacerowania wzrok przyzwyczaił mi się do ciemności na tyle, iż widziałem wszystko dobrze pomimo zachmurzonego nieba. Jedynymi moimi kompanami podróży były spotkane 2 sarny, spory dzik i jeden rozjechany kot.

Kiedy łuna oświetlonego latarniami Helu zdawała się być już bardzo blisko zobaczyłem auto jadące w kierunku mojego miasta docelowego. Wystawiam rękę, czekam… ehh, przejechali obok. Nagle samochód zatrzymał się, i zaczął cofać w moim kierunku. Para ze śląska z nieukrywanym zdziwieniem przyglądała mi się parę sekund po czym zaprosiła do środka auta. Znów jadę, dobrzy ludzie, szkoda tylko, że nie jechali na Hel ze 4 godziny wcześniej, hehe. Po podwiezieniu aż pod bramę Stacji Badawczej, zapukałem w szyby recepcji. Pani znajdująca się wewnątrz wydawała się jeszcze bardziej zdziwiona moją obecnością o tej porze niż przed chwilą poznani ślązacy  ;-) 

Nareszcie dotarłem! Około 3:00 w nocy położyłem się w łóżku z widokiem na całą Zatokę Gdańską wraz z oświetlonymi Gdańskiem, Sopotem i Gdynią. Zjadając tabliczkę czekolady patrzyłem sobie na pływające foki w fokarium. Czy można wyobrazić sobie lepsze walentynki? ;-)

Rano obudziła mnie wiadomość SMS od Wojtka – Prezesa Sekcji Ornito WL w Krakowie z informacją, iż lekko się o mnie martwią, ale co ciekawsze, bardziej martwiła się Natalia – Prezes Sekcji Ornito UAM w Poznaniu  ;-). 

Po śniadaniu i dokładnym wypytaniu przez kolegów, jak mi minęła podróż – wyjście w teren. Lornetki, lunety i aparaty w ruch – oto przed nami, na pierwszy ogień tuż po wyjściu ze stacji, łabędzie nieme i krzykliwe (niektóre zaobrączkowane) łyski i śmieszki. Pomiędzy kutrami rybackimi w porcie znalazły się mewy: pospolite, siodłata oraz srebrzyste i blade.

Co chwilkę spod wody wynurzały się kolejne kormorany z kawałkami ryb w dziobach, czasem tak dużymi, że ptaki miały problem z ich połknięciem!

Kawałki ryb w wodzie można było znaleźć zapewne dzięki kutrom rybackim, których pokład czyści się wodą, a ta z pokładu wylewa się wraz z resztkami do portu. Widok zgrupowania mew, łysek i łabędzi wspieranych przez kormorany, czekających przy którejś z łodzi był dość częsty, szczególnie jeśli z tej łodzi akurat strugą wypływała woda. Wśród takiej zgrai miejsce znalazł też sobie perkoz dwuczuby spokojnie nurkujący za pokarmem. Opiekun Sekcji – dr Michał Ciach – prowadził nas teraz na brzeg portu, z którego można wypłynąć na otwarte wody, a tam naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Kilka tysięcy nurogęsi spokojnie odpoczywających na tafli wody, a w śród nich ukryte sprytnie szlachary. W oddali płynie kilka edredonów, zwanych również miękkopiórami – gatunek ten słynie z najlepszej jakości puchu do kołder czy śpiworów.

Nagle zauważamy markaczki, czernice i uhle, a do naszych uszu dochodzi charakterystyczny odgłos wydawany przez przesympatyczne lodówki.

Spokój panujący na tafli wody przerywa bielik przelatujący nad portem, wielkie ilości ptaków zrywają się i lecą na inne miejsce ze strachu przed drapieżnikiem. Trafiło się nawet przelatujące stado jemiołuszek. Co ciekawe, nie tylko my obserwowaliśmy ptaki. Tamtejsi turyści czy mieszkańcy, widząc nas z całym sprzętem raz po raz podchodzili by dowiedzieć się co za ptaki znajdują się w zasięgu wzroku, albo w celu identyfikacji akurat uchwyconego w obiektywie aparatu ptaka. Najweselej było, gdy o pomoc w oznaczeniu edredona poprosiła pewna pani pytając czy ten edredon ma na piersi pióra w kolorze écru. Michał ze stoickim spokojem przytaknął. Pani więc podziękowała za pomoc i odeszła. Nastąpiła chwila ciszy w której jeden z naszych kolegów zapytał się:

- "A jaki to jest kolor ten… écru?"

- "Taki osikany śnieg” - padła odpowiedź ;-)

Ehh.. czy nie prościej by było nazywać rzeczy tak by facet też mógł od razu zrozumieć, drogie panie? ;-)"

Cały dzień spędzony w porcie na obserwowaniu ptaków dał się co poniektórym we znaki i po przyjściu do ośrodka zdarzyło się, że zamiast po zachodzie słońca dyskutować, wymieniać wrażenia i wyliczać nowe gatunki wraz z wszystkimi do późnych godzin nocnych, niektórzy woleli wybrać się w objęcia Morfeusza.

Nazajutrz po śniadaniu kolejne wyjście w teren, tym razem gry-plan dnia nieco bardziej rozbudowany; oprócz portu idziemy na sam koniuszek Półwyspu Helskiego w nadziei na wypatrzenie jakichś morskich ptaków. Dotarliśmy na lekkie wzniesienie nad taflą wody, a więc zaczynamy tzw. seawatching, czyli po prostu lustrujemy fale morskie w poszukiwaniu ptaków.

Kilka lunet, kilka aparatów fotograficznych oraz kilkanaście lornetek – wszyscy wpatrzeni w stronę morza. Na miejscu, nowo poznany kolega wspomógł nas w obserwacjach. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Raz po raz przelatywały na horyzoncie alki i nurniki.

Trafił się nawet nur rdzawo szyi, którego wypatrzył Sergiusz - wspomniany wcześniej kolega. Niektórzy zrobili sobie małą przerwę podczas obserwacji i spacerowali nad brzegiem morza w poszukiwaniu muszli, bursztynów czy innych ciekawych rzeczy. Wieczorem – po powrocie do ośrodka i sutym obiedzie – konkurs w rozpoznawaniu ptasich głosów, a po konkursie ożywione nowymi gatunkami widzianymi dzisiejszego dnia dyskusje ciągnęły się do późnych godzin nocnych.

Kolejny już poranek, pobudka skoro świt i po śniadaniu od razu ruszamy w teren. Skoro to wyjazd naukowy – czas więc na poważne badania: spróbujemy znaleźć różnice w zachowaniu między odpoczywającymi samcami a samicami w stadzie nurogęsi Mergus merganser. No to zaczynamy! W ciągu następnych dni obserwujemy uważnie nasze jedno wielkie stado nurogęsi. Dzielimy się na podzespoły, z czego każdy podzespół ma do wykonania zadanie - albo obserwować i notować zachowanie nurogęsi zgodnie z metodyką, albo też liczyć ilość osobników w obserwowanej społeczności. Na brzegu, niedaleko od nurogęsi spacerowała sobie jedna czapla siwa. Tak mijają kolejne godziny spędzone przy lunetach, lornetkach, co chwilę słychać też kolejne pstryknięcia aparatów fotograficznych. Po skończonych obserwacjach można rekreacyjnie zwiedzić Półwysep Helski i jak najbardziej tylko się da okrężną trasą wrócić do ośrodka. Po drodze spotykamy latającego wysoko myszołowa oraz sójkę przeskakującą z gałęzi na gałąź. Na morzu widać siedzącego nura czarnoszyjego. Podczas spaceru plażą znalazłem kilka okazów pąkli bałtyckiej oraz  jednego, wyrzuconego na brzeg bezgłowego witlinka. Wśród nadmorskiej sośniny, bliżej miasta, można było zobaczyć pospolite sroki, srokosza, bogatki i modraszki, na drzewie gruchał grzywacz a oprócz tego zobaczyliśmy dwa kruki lecące nad naszymi głowami, na niebie również skrzydłami trzepotała pustułka, natomiast w mieście widzieliśmy pospolite gawrony, wrony siwe, kawki i sierpówki. Raz po raz drogę przelatywał nam kos, a kwiczoły oraz wróble żwawo przelatywały z gałęzi na gałąź w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Nadszedł czas na kolejny obiad i kolejną noc rozmów do późna, w rytmach muzyki wszelkiego gatunku doszkalamy się w oznaczaniu tutejszych ptaków. Plan na kolejny dzień – podróż pociągiem do Władysławowa, by sprawdzić jak wygląda tamtejsza awifauna.

Po wieczornych dyskusjach ciężko niektórym było się dobudzić, ale bez większych problemów wsiedliśmy w pociąg i już mkniemy do Władysławowa. Niektórzy z nas widocznie zmęczeni obozem przesypiają drogę, podczas gdy inni ożywieni jak nigdy żywo dyskutują na tematy ogólno przyrodnicze, Wojtek zaś nie mógł nadziwić się skąd my mamy siły do tak żywych dyskusji.

Dojechaliśmy – Władysławowo, Port. Wysiadka całą zgrają nie należała do najłatwiejszych, bowiem z pociągu wydobyły się tylko dwie osoby, a reszta została w przedziale z powodu powstałego z nieznanych przyczyn zakorkowania przejścia. Mnie wraz z Wiktorią udało się w porę wyskoczyć na odpowiedniej stacji a "nasi" potoczyli się kilka kilometrów dalej na następną stacje. Okazało się, że w porcie również przebywał Sergiusz spotkany wcześniej, także we trójkę razem pomaszerowaliśmy w stronę portu i otwartego morza. Nad morzem spotkany Paweł pokazał nam mewę czarnogłową.

Lodówki spokojnie nurkowały między lodowymi krami na otwartym morzu, a w zgrupowaniu tamtejszych kaczek można było znaleźć bielaczki, głowienki i ogorzałki.

Po dołączeniu reszty grupy wybraliśmy się w kierunku rybaków z zamiarem kupna dopiero co złowionych dorszy na obiad. Kilka minut targu i za dobrą cenę kupiliśmy 7 kilo.

We Władysławowie nadszedł moment pożegnania ze wszystkimi ponieważ musiałem wracać do Krakowa z powodu egzaminu. Podczas gdy reszta Sekcji Ornitologicznej wybrała się z powrotem na Hel, obserwować nurogęsi i zajadać się zakupionymi rybami, ja zmierzałem na autobus do Gdyni.

28 godzin drogi nad Morze, nieprzespane noce w ośrodku i ogólne zmęczenie organizmu spowodowało, że trasę w autobusie przespałem, przebudzając się jedynie gdy ktoś wsiadał/wysiadał. Pozdrawiam z tego miejsca śliczną niebieskooką dziewczynę wsiadającą w Pucku a wysiadającą bodajże w Redzie ;-)

Gdy dotarłem do Gdyni okazało się, iż żadnego autobusu aktualnie nie ma na południe a na pociąg sporo musiałbym czekać. Bez wahania podjąłem decyzje – powrót stopem! Miejsce docelowe to Stolica. Planowany czas operacyjny na pokonanie 400km drogi – około 8 godzin. Stojąc jakieś 20 minut na Obwodnicy Trójmiasta udało się w końcu złapać okazje. Wsiadam do dostawczego auta pachnącego frytkami i panierowanym kurczakiem prowadzonym przez Darka. A więc jedziemy, niestety nie do Warszawy a do Płocka. 300 kilometrowa trasa dużym autem dłuży się nieco, ale na nudę narzekać nie mogę. Żywe rozmowy z kierowcą, mieszkańcem Łowicza oraz mijające mnie krajobrazy Pojezierzy oraz Borów Tucholskich umilają mi drogę. Po uzyskaniu informacji o najbliższych autobusach do Warszawy z Torunia, Włocławka oraz Płocka i przeanalizowaniu naszej sytuacji okazuje się, że pomimo starań kierowcy, spóźnię się około 10 minut na autobus z Torunia do Warszawy, 15 minut z Włocławka do Warszawy i 20 minut z Płocka do Warszawy. I tak tez się stało, o 20:25 dojechaliśmy do Płocka skąd wg rozkładu odjechał już jedyny pasujący mi autobus do Stolicy. Moja sytuacja nie była zbyt ciekawa bo szansa na złapanie stopa do Warszawy w nocy jest niewielka, a o 22:00 z Dworca Wschodniego w Wa-wie odjeżdża jedyny pasujący mi autobus do rodzinnego Krosna. Kątem oka widzę jak mój kierowca podbiega do stojących na przystanku ludzi, chwile z nimi rozmawia i po chwili krzyczy "Piotrek, Ty szczęściarzu! Autobus jeszcze nie jechał... jednak zdążysz na ten Twój egzamin z grzybów!".

I na tym moja przygoda z Helem się kończy, dalsza podróż autobusami, najpierw do Warszawy, a potem do Krosna mijała spokojnie – przesypiając całą drogę obudziłem się dopiero o świcie, by podziwiać wschodzące słońce nad Krosnem.

Podsumowując: przy lunetach i lornetkach spędziliśmy łącznie około 60 godzin i w tym czasie wypatrzyliśmy 46 gatunków ptaków. Ja natomiast przejechałem około 2000 kilometrów autobusami, pociągiem, taksówką, autem dostawczym i kilkoma autami osobowymi oraz przeszedłem pieszo połowę Półwyspu Helskiego pomiędzy godziną 23:30 a 2:30. Dojazd z Krosna na Hel zajął mi ponad 28 godzin.

Dziękuje serdecznie wszystkim kierowcom, którzy mi się zatrzymali!

PS – Egzamin z przedmiotu mikologia i ochrona grzybów w końcu zdany!  ;-)

Piotr Guzik
Sekcja Ornitologiczna Wydziału Leśnego,
Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie