W dniach 21-22 listopada 2009 r. miał miejsce Zjazd Lubelskiego Towarzystwa Ornitologicznego, który odbył się na terenie Nadleśnictwa Strzelce na dalekich kresach wschodnich.

Udział wzięła w nim także reprezentacja Radomszczyzny składzie: Maciek Rębiś, Tomek Figarski i moja skromna osoba. Wyruszamy o 7.00 rano Nivą Tomka, wszyscy dobrze przygotowani, uzbrojeni w sprzęt optyczny i dużą dawkę dobrego humoru. Droga mija nam bez przeszkód przy maksymalnej prędkości 100 km/h (z górki 120 km/h). Dla rozluźnienia w Lublinie ścigamy się z kolegami w niebieskich mundurach, którym ochoczo machamy na rozstanieUśmiech Po 3 godzinach jazdy pierwszy przystanek w Chełmie – pora na małe śniadanie, tankujemy także paliwo i jedziemy dalej.

W drodze podziwiamy piękne krajobrazy Lubelszczyzny, napawamy się także atrakcjami ornitologicznymi – kilkanaście kilometrów przed miejscem spotkania zauważam pójdźkę siedzącą w naturalnej dziupli – zatrzymujemy się niedaleko i chwytamy za sprzęt – zaczynają sie bezkrwawe łowy z aparatem w ręku. Po kilku minutach sowa zaczyna sie trochę denerwować wiec dajemy jej spokój i wyruszamy dalej prowadzeni przez dwa GPSy. Mimo tego nie udaje się nam trafić we właściwe miejsce – docieramy do innej miejscowości o podobnej nazwie. Teraz mamy dwa wyjścia – możemy się wrócić szosą albo… przetestować lubelskie bezdroża. Jak łatwo się domyśleć wybieramy tę drugą opcję. Teraz Niva 4x4 ma wreszcie możliwość się wykazać – Tomek silnym ruchem ręki włącza przełożenie terenowe, pierwszy bieg, gaz i maszyna idzie bez oporów, trochę się ślizgamy od lewej do prawej, bieżnik opon rwie błotko, "wreszcie coś ciekawego się dziej" – mówię. A działo się rzeczywiście – błotniste drogi, mnóstwo dołków i kolein, woda, wysokie skarpy, jary i wąwozy – fundujemy sobie nieplanowany rajd 4x4.

Po kilkudziesięciu minutach ubłocone auto dociera na miejsce – do Pałacu Zamoyskich, gdzie ma odbyć się Zjazd. Na miejscu zastajemy już sporo ludzi, których pierwszy raz na oczy widzę, ale mamy jednak coś wspólnego – wspólną pasję jaką jest ornitologiaUśmiech Wraz z Tomkiem zapoznajemy się z większością obecnych, natomiast Maciek, który wielu lubelskich ornitologów znał – wita się z dawnymi kolegami. Teraz pora się rozpakować, zabierać plecaki i wyruszyć w poszukiwaniu wolnych łóżek, co wcale nie jest takie łatwe w przestronnych komnatach pałacu. W końcu dociera także autokar z Lublina wiozący pozostałych uczestników, można zatem rozpocząć obrady.

Kilka słów od prowadzącego na powitanie i zaczyna się wygłaszanie referatów:

  • z prelekcji dr Marka Kellera dowiadujemy się ile krogulców żyje w Polsce oraz co piszczy w mazowieckich sadach,
  • o biologii rozrodu dzięcioła syryjskiego na Zamojszczyźnie opowiada Jerzy Michalczuk,
  • Marek Nieoczym opowiada o monitoringu awifauny stawów,
  • Dorota Zielińska przedstawia zagrożenia jakie czyhają na naszych skrzydlatych sąsiadów w miastach,
  • o sytuacji wodniczki na świecie i znaczeniu jakie dla zachowania tego gatunku ma populacja polska opowiada Michał Maniakowski,
  • Sylwek Aftyka przedstawia rzadkie gatunki ptaków stwierdzone na Lubelszczyźnie,
  • z kolei Przemek Stachyra prowokuje gorączkową dyskusję nad obrączkowaniem owych rzadkich gatunków.

Jest zatem czego słuchać i nad czym dyskutować. W międzyczasie raczymy się na grochówką oraz pyszną, aromatyczną kawą. Po wykładach jeszcze pokaz świetnych zdjęć Marcina Lenarta, Grzegorza Leśniewskiego oraz Rafała Sieka – wspaniałe prezentacje zwieńczyły cały zjazd i ukazały piękno Lubelszczyzny... szkoda, że was tam nie było.

Po kilku godzinnym przedstawianiu wyżej wymienionych tematów, czas na ognisko i gorącą kiełbasę z musztardą w miłym gronie. Jednak to nie wszystko – okazało się bowiem, że tradycją zjazdów LTO są także dancingi. Zabawa taneczna rozkręciła się na dobre, choć rytmy puszczane przez ekipę zza Wisły były trochę przereklamowane. Nie trzeba było długo czekać – Radomszczyzna wzięła się do roboty, a mowa tu głównie o Tomku, który rozkręcił całą grupę ludzi bawiących się na parkiecie. Osobiście muszę przyznać, że trochę sobie pośpiewałem z nowo poznanym kolegą, którego nazwiska nie będę przytaczał... Kilka godzin tańców, hulanek i swawoli a także śpiewów na cały głos dało wreszcie o sobie znać – w końcu wszyscy stopniowo zaczęliśmy udawać się na spoczynek...

Rano śniadanie, kilka godzin pogawędek i wspomnień z chłopakami z Lubelszczyzny, na czele ze starym druhem – Marcinem Polakiem, po czym wracamy na Mazowsze (czyt. na właściwą stronę WisłyUśmiech).

Podsumowując spotkanie niezwykle udane, za co ekipa radomska niniejszym dziękuje ekipie lubelskiej. Do następnego! Hej!

Adrian Szafrański