Z żalem musze przyznać, że trzmielojad nie jest moim bliskim znajomym. Widuję go tu i ówdzie i prawie zawsze z zaskoczenia.

Ot, pojawia się przelatujący ptak, który dość szybko zaprzecza swoją sylwetką jakoby miał być myszołowem – o co zawsze (profilaktycznie) podejrzewam go w pierwszym odruchu. Później z satysfakcją przyglądam się dojrzanym cechom diagnostycznym. Jeżeli trzmielojad nie ma nic lepszego do roboty, pokręci sie nad moją głową i znika – najczęściej kryjąc się za ścianą pobliskiego lasu. Więcej szans na obserwacje dały mi kiedyś słowackie trzmielojady, które zbliżanie się zapowiadały swoimi bardzo ładnymi gwizdami (jak dla mnie sympatyczniejszymi niż miauczenie myszołowów).

Trzmielojad to świetny przykład ludzkiej socjotechniki. Jeszcze 20-30 lat temu nazywany był pszczołojadem, co nie zjednywało mu przychylności pszczelarzy i miłosnikow miodu. Konsekwentne nazywanie go trzmielojadem zdjęło chyba z niego złowrogie piętno. Pisząc te słowa zauważyłem, ze mój edytor tekstu z uporem maniaka podkreśla każde użycie słowa trzmielojad. Spróbowałem z "pszczołojadem" – zaakceptował bez zmrużenia oka!

Tekst i fot. Maciej Szymański